Chojnik Ultra 2 open, masakrator

Sobota, 27 maja 2017 · Komentarze(3)

Środek nocy, ludzie chaotycznie biegają w różnych kierunkach inni podskakują lub stoją w zadumie, gra orkiestra. To musi być miejsce startu biegu ultra.

Czuję się trochę nie na miejscu, miałem biec maraton i pod kątem maratonu pisałem relacje z treningów. Od dwóch miesięcy myślałem coraz intensywniej o trasie 102 kilometrów i w końcu przepisałem się na Ultra Chojnik. Tutejszy maraton już zaliczyłem, a ostatnią setkę biegłem rok temu. Najwyższa pora przypomnieć sobie, jak to jest na tak długim dystansie i na tak trudnej trasie.

Przesunąłem się bliżej linii startu, odliczanie, strat i po paru minutach już jesteśmy w ciemnym lesie. Czołówka nie odskoczyła zbytnio do przodu. Nawet nie zamierzałem ich gonić. Za prowadzącą dwójką kolejne kilkanaście osób i dopiero ja. Tak było do pierwszego podejścia, gdzie wyprzedziłem parę osób. Plan był taki, żeby do około 50 kilometra biec swoim tempem i nie dać się sprowokować do wariackiego wyścigu.


Około 4 rano tuż przed wschodem słońca niebo było już czerwone. Na długiej prostej prowadzącej głównym grzbietem naliczyłem osiem osób biegnących przede mną. Bardzo dobry znak, mogłem się nieco zrelaksować. Zacząłem im robić zdjęcia na czerwonym tle, kiedy skręcili w dół z Łabskiego Szczytu. Spokojny długi zbieg zakończony trudnym odcinkiem czarnego szlaku i za chwilę kolejne podejście na grzbiet. W międzyczasie minąłem kilku biegaczy.

Skończyła mi się woda i pod Czarną Przełęczą szukałem strumienia, ale były tylko suche ślady po ostatnich ulewach. Odwróciłem się i przeszły mnie dreszcze. Za moimi plecami malował się niesamowity wschód słońca nad Kotliną Jeleniogórską, wstające mgły i wystające z nich pagóry. Oczywiście znowu zrobiłem kilka zdjęć mimo świadomości, że aparcik w moim telefonie nadaje się zupełnie do niczego.

 Na górze na Czeskich Kamieniach wypatrzyłem gramolącego się ludzika, zmierzyłem mu czas, byłem 15 minut za nim.
Na zbiegu do Pielgrzymów wyprzedziłem go, a na podejściu do Samotni minąłem kolejnego biegacza. Kibic na brukowanej drodze doniósł, że z przodu jest pięć osób, a do lidera mam 12 minut. To były wreszcie konkretne informacje i w dodatku bardzo dobre. 60 kilometrów do mety i tylko 12 minut straty. Czyli dalszy ciąg truchtu tym razem długim i stromym zbiegiem do Karpacza. Trochę zdziwiły mnie szybkie kroki za plecami, czyżby ktoś mnie gonił? To był Krzysiek Kokot, który nieopatrznie zwiedził Kopę, a teraz na gwałt odrabiał straty i zbiegał jak szalony. Dla mnie to był nużący zbieg.

Po 6.5 godzinach zameldowałem się na punkcie w Karpaczu, gdzie ucztowali wspomniany Krzysiek z Kopy i Maciek Pisarek. Atmosfera była zupełnie niewyścigowa. Krzysiek chyba zmieniał buty, a Maciek rozglądał się dookoła, jakby na zastawionych stołach było mało do jedzenia. Dowiedziałem się też, że kilka minut wcześniej punkt opuściła pierwsza dwójka.

Tutaj wreszcie poczułem jakieś większe emocje, szybko opuściłem punkt i już byłem na trzeciej pozycji. Zaraz za mną wyszedł Maciek i przez cały Kocioł Łomniczki deptał mi po piętach. Trochę mu uciekałem, trochę goniłem liderów. Teraz uważam, że na tym podejściu nie trzeba było się aż tak ścigać ;)

Tuż przed szczytem kotła wypatrzyłem na górze ludzika, był jakieś 5 minut przede mną. Tymczasem Maciek rozprostował kije i wyprzedził mnie stwierdzając, że lubi podejścia. Odpowiedziałem, że ja oczywiście też, ale nie takie! No i już byłem czwarty. Takie roszady trwały przez kolejne 10 kilometrów - ja byłem pierwszy w dołkach, a Maciek na górkach.

Ostatnie spotkanie mieliśmy na punkcie w Szpindlerowym Młynie ok 70km. Zbieg do niego jest całkiem długi, mało techniczny i zakończony asfaltem. Postanowiłem się wreszcie urwać i to się udało na punkcie byłem pierwszy, to znaczy trzeci. Ledwo skończyłem nabierać wodę i jeść arbuzy, a Maciek już był obok. Zgłosiłem pretensje, że przecież miał wolniej zbiegać. Wytłumaczył się asfaltową końcówką.

Ostateczną kwestię naszej separacji upatruję w pomidorowej z makaronem. To znaczy Maciek się na nią skusił, może nawet z dokładką, a ja nie. Zyskałem zatem teoretyczne dwie minuty i w pośpiechu opuściłem punkt. Kolejne dwa kilometry to świński trucht pod górę i dalej ostra wspinaczka w palącym już słońcu na południowym zboczu Karkonosza.

Patrzę do góry i między turystami wypatruję dwa ludziki jeden gramolący się po skałach za drugim. Patrzę w dół i widzę Maćka napierającego na kijach. Na górze wreszcie płaski, szeroki i otwarty teren, zaczynam biec. Goniona dwójka jest już razem, to idą, to truchtają, nie odwracając się nawet. Może to turyści?

To jednak Witek Juda i Sebastian Borowczyk.
Doganiam ich przed schroniskiem Lucni, jakoś głupio zagaduję, śmiejemy się i wyprzedzam. Witkowi się to nie spodobało, prowadził wiele godzin i miałby to teraz tak oddać? Wystrzelił do przodu i zaczął techniczny zbieg, bardzo techniczny. Zbiegamy sprawnie, a to doganiam Witka, a to daję mu się oddalić i trochę odpoczywam. Za plecami leci jakieś przekleństwo, zatrzymuję się, a to Sebastian już wstaje z kamieni po małej glebie. Nic się nie stało.

Witek zniknął. Koniec zbiegu, znów pod górę, długa szutrowa prosta, nikogo przed nami prócz turystów. Biegniemy kilometr asfaltem pod Przełęczą Karkonoską, znowu nikogo z przodu. Dobiegamy z Sebastianem do punktu na 80 kilometrze. Tutaj służbowo wita nas szerokimi ramionami Grzesiek Soczomski i reszta ekipy. Jesteśmy pierwsi, nikogo przed nami, Witek się zapodział.

Zyskujemy jednak Grześka, który postanawia odprowadzić nas do mety. Wybiegam pierwszy, ale Sebastian nie odpuszcza i do 87km dobiegamy razem. Tam przyspieszam i zaczynam żwawą wspinaczkę na Ptasi Kamień i dalej do Petrovki. Sebastiana nie widać. Tempo przyzwoite, pot się leje. Jest super.

Zjadłem już dwadzieścia żeli i wypiłem litry izotonika, jednak po kolejnych porcjach energia nie przybywa, zmęczenie daje o sobie znać. Coraz trudniej przebierać nogami. Lewe kolano pobolewa z przerwami od 50 kilometrów, w butach przemieszczają się kamyczki, a upał daje się coraz bardziej we znaki. Zaczynam stromy zbieg z Petrovki i przeklinam, bo chciałbym szybciej ale nie mogę.

Nerwowo spoglądam za siebie wypatrując Sebastiana, a to tylko zawodnicy z maratonu mnie mijają. Koszmarny długi zbieg, chyba najdłuższy biegowy odcinek na całej trasie ciągnący się w nieskończoność.

500 metrów przed podejściem na Chojnik odwracam się i widzę przez ułamek sekundy znajomą sylwetkę wśród innych biegaczy. Szukam potwierdzenia na twarzy Grześka, a ten odwraca się i uśmiecha do Sebastiana.
Momentalnie przyspieszam z 6:00 na 5:00, ale pary starcza tylko na te 500 metrów. Zaczyna się podbieg i Sebastian już mnie mija dokładnie 3 kilometry przed metą. Na mecie mówił, że jak mnie zobaczył poczuł, jakby dostał skrzydeł. I faktycznie odfrunął razem z moim pierwszym miejscem.



Miejsce, czas, godziny, minuty, sekundy. Czy to takie ważne? Za każdym razem, gdy w trakcie biegu myślałem o Kasi i Leonie czekających na mecie czułem szczęście. Przestawało mieć znaczenie, czy będę pierwszy, drugi, piąty i czy zmieszczę się w 15 godzinach.

Komentarze (3)

Jak miło zobaczyć w końcu Twój wpis Błażeju :-) Fajnie że jesteś. Ps.czadzisz tymi biegami.

grigor86 20:11 wtorek, 13 czerwca 2017

dzięki Jurek trochę się dzieje :)

blase 05:01 wtorek, 13 czerwca 2017

Brawo Błażej !!!!!
K...a to jest wysiłek !
Gratulacje za bieg i że tata ! :)

Jurek57 17:51 poniedziałek, 12 czerwca 2017
Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa lisze

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]